Jennifer przestała oddychać. Jej mocno umalowane oczy rozszerzyły się z niedowierzania, a kartka drżała w jej dłoniach, gdy oddech stał się nierówny i urywany.
— To jakiś żart — wyszeptała.

Ale jej głos stracił całą pewność siebie. Brzmiał teraz cienko. Krucho. Niemal dziecinnie. Nawet nie mrugnąłem.
— Księgowi nie żartują, Jennifer.
Powoli odwróciłem stronę, dając każdej osobie w tej sali balowej czas, by poczuła ciężar tego, co miało nadejść.
— I notariusze również nie.
Potem spojrzałem na Lucasa. Mojego syna. Moją krew. Mężczyznę, który stał bezczynnie i patrzył, jak jego matka jest upokarzana przed setkami ludzi. Zrobił krok do przodu i niemal wyrwał dokument z rąk Jennifer. Jego oczy przebiegały po pogrubionych, podkreślonych linijkach. W ciągu kilku sekund cała krew odpłynęła mu z twarzy. Promienny pan młody zamienił się w trupa w smokingu.
— Tato… — wyjąkał. — Co to znaczy?